Starożytne korzenie słowa filozofia
W książce “Myśl starożytna” spotkałem się z wyjaśnieniem, że termin filozofia został wprowadzony prawdopodobnie przez Pitagorasa i jest złożeniem dwóch greckich słów: filo– miłość, sophia – mądrość. Tłumaczenie tych słów jest mi znane od dawna, jednak wcześniej się nie zastanawiałem jaki sens się za nimi kryje. Brałem to po prostu za elegancką, dwuczłonową nazwę i nie filozofowałem. Przyszło mi do głowy także pytanie, czy samo “zofia” nie byłoby równie dobre?
Autor “Myśli starożytnej” przytacza, że umiłowanie mądrości to proces, który nigdy nie jest zakończony, pozostaje niespełniony. Podaje, że według Pitagorasa mądrości się szuka, ale nigdy nie znajduje, gdyż w całości jest ona dostępna jedynie bogom.
Miłość do mądrości
Kilkakrotnie spotkałem się z tezą, że filozofia jest dyscypliną przede wszystkim zadawania wartościowych pytań. Akcentowane są poszukiwania same w sobie, bardziej droga niż cel. Ponadto miłość (“filo”) rozumiana jako uczucie między ludźmi jest pragnieniem bliskości, ale nie posiadania, przynajmniej w zdrowej relacji. Znaczenie takie wydaje się zatem zbieżne z perspektywą Pitagorasa.
Zamieszanie z nazwą
Z drugiej jednak strony zdałem sobie sprawę, że istnieją sub-dyscypliny filozofii, których nazwy nie odnoszą się do “umiłowania” czegokolwiek, jak epistemologia czy ontologia. Ich nazwy są niekonsekwentnie związane z greckim “logos” (słowo) i dzielą ten człon np. z biologią. Osobna sprawa to oczywiście terminy “etyka” i “metafizyka”.
Jestem nadal zdania, że nazwa “filozofia” jest interesująca i elegancja. Chciałbym jednak zauważyć, że gdyby określano ją terminem “zofiologia”, czy samym “zofia”, to byłoby to wyrazem pewnej konsekwencji i właściwie też odpowiednie. Czuję jednak, że przytoczonym nazwom czegoś brakuje – nie tylko charakteru, ale i nutki poezji.


Wpis autora nastraja do przemyśleń i to jest piękne! 🙂 „Zofiologia” faktycznie mogłaby istnieć w miejsce „Filozofia”. Bardzo podoba mi się neologizm- „Zofiologia”:). Ponadto, czy faktycznie mądrości się szuka i nie znajduje? – (Ah, ten Pitagoras). W takim razie, co z każdym zdobytym doświadczeniem życiowym, czy nie ubogaca nas ono i tym samym nie stajemy się „mądrzejsi”, nie koniecznie dla świata wokół ale dla samych siebie? Ostatnie co się nasuwa, po cóż iść drogą zadawania pytań (jako cel sam w sobie) i nie znajdować nigdy na nie odpowiedzi? Czy taka droga ma w ogóle sens?
Dziękuję bardzo za komentarz, cieszę się z niego!
Wydaje mi się, że należy wprowadzić jednak rozróżnienie między mądrością życiową, a mądrością jako dyscypliną wiedzy. To i to filozofia, ale specyfika trochę inna, gdyż tą pierwszą z wiekiem (refleksyjni) ludzie zdobywają, po prostu stają się mądrzejsi, z tą drugą różnie bywa, mimo iż nauka niewątpliwie się rozwija, to wydaje mi się, że wiele wielkich pytań filozoficznych pozostaje nieodpowiedzianych, chociaż tematy pogłębione.
Jeżeli chodzi o drogę zadawanych pytań, to wydaje mi się, że ma sens, bo można być „głupim” na co najmniej dwa sposoby: 1) ignorancja 2) „uczona niewiedza”. Drugi przypadek to mądrość, świadomość różnych dróg, różnych możliwych odpowiedzi, ale niemożność zdecydowania o prawdzie. Na przykład: nie wiem czy liczby „istnieją naprawdę”, ale wiem, że są co najmniej 3 nurty filozoficzne, niezgodne ze sobą, które ten problem adresują. Mogę się skłaniać w stronę któregoś z nich, ale odpowiedzi nie znam i pewnie nie poznam.